poniedziałek, 27 lutego 2017

florystyczne upodobanie piękna

My, jako ludzie, mamy czasem odruchy opiekuńcze. Niektórzy z nas przenoszą swoją troskę na ludzi, inni na zwierzęta, a co niektórzy opiekują się roślinkami.
Jednak.. Bywa tak często, że nie mamy komu powiedzieć, by ubrał czapkę, bo jest zimno. Nie mamy kogo nakarmić i umyć. Nie mamy także komu dać wody bądź nawozu. 
Wszystkie te płaszczyzny coś wnoszą do naszego świata, aczkolwiek nie w każdym przypadku jest to to samo. Zdarza się również tak, że chcemy się zaopiekować kimś (lub czymś), tylko nie wiemy jak to zrobić. Człowiek uczy się na błędach, sama w moim życiu popełniłam ich sporo. 

Bardzo lubię kwiaty. Rośliny. Gdy wyobrażam sobie mój przyszły dom, wiem, że nie zabraknie tam zieleni. Niestety, nie zawsze potrafię się opiekować moimi roślinkami. Bywało i tak, że przez mój brak wiedzy lub niedopatrzenie, straciłam niektóre z nich. 

Rozalia była piękna różą. Niestety, po przekwitnięciu, powoli zaczęła usychać. Mimo że podlewałam ją regularnie, nie było z nią zbyt dobrze. Po pewnym czasie mama zaproponowała bym wyniosła ją na zewnątrz. I tam pożegnała się ze światem. Teraz żałuję, że ją wyniosłam na dwór, gdyby nie to, być może by jeszcze ze mną była.


Mówiłam już, że uwielbiam storczyki? Orchidee to marzenie. Jednak osiągalne marzenie. Nie będę już zanudzać opowieściami o Natalce, Franku, który całkiem niedawno odszedł (choć na zdjęciu można go zauważyć) i trzecim, nienazwanym, ale najcudowniejszym kwiatku. Wyróżniam go, bo podarowała mi go naprawdę wyjątkowa osoba.

Od lewej: Natalia, bezimienna orchidea i Franek :)

Natalia

A tutaj storczyk mojej mamy. Chociaż nie należy do mnie, musiałam Wam go pokazać ;) 

Poza orchideami na mojej półce gości Kaktus Stefan.

Poza moimi stałymi roślinkami od niedawna na moim parapecie znajduje się mandarynka. Zasadziłam (Zasiałam?) ją bez większych oczekiwań - niech się dzieje wola nieba! Wierzę, że może wyrośnie. A wiara czyni cuda. 

Jeśli już o hodowli mowa, kilka dni temu stworzyłam niebieski (barwnik spożywczy) roztwór nasycony wody i soli, z którego powolutku wyłaniają mi się kryształy. 
Wszystkim z Was, którzy poświęcacie swój wolny czas, troskę i opiekę w coś, dla czegoś, dla kogoś... życzę powodzenia, niech Wasze roślinki rosną mocne i silne, tak samo i zwierzęta. 
A w relacje międzyludzkie się nie mieszam ;) 

czwartek, 16 lutego 2017

Być albo nie być! To wielkie pytanie...

Zapewne większość z Was przerabiała (lub będzie dopiero robić) w gimnazjum tragedię Szekspira pt. ,,Romeo i Julia". Trzeba być mocno zacofanym w świecie kultury, by nie słyszeć o tym twórcy. Nie zamierzam tu demonstrować jego życiorysu, bądź uznawać ludzi, którzy go nie znają za głupców. To błąd. Jednakże uważam, że sam fakt wiedzy o jego istnieniu i działalności nie powinien być dla kogokolwiek obcy.

Często mam problem z zapisywaniem tego nazwiska... Shekespeare... Shakespeare... Shakespear... dlatego zostaję przy spolszczonym Szekspirze.

Nigdy nie zrozumiem nauczycieli zadających prace domowe na ferie/święta/wakacje... Przecież ten czas jest dla nas, by odpocząć, a nie myśleć o niezrobionych jeszcze zadaniach.
Planowałam zacząć czytać przez ferie, więc zadana lektura- ,,Makbet"- nie była dla mnie złą wieścią. Motywacja by się ruszyć do czytania i ruszyć książkę.
,,Hamlet" był lekturą dodatkową, dla chętnych, a na zaliczenie go są aż trzy sposoby.

Oba utwory mają ze sobą kilka cech wspólnych:

  • Każdy z nich jest  tragedią;
  • Motyw władzy;
  • Śmierć głównego bohatera na koniec książki (ups... spoiler:));
  • Mają wspólnego autora:)
  • 5 aktów;
  • Występują istoty nieistniejące naprawdę, np. czarownice, duchy.
Na pewno znalazłoby się ich więcej ;)
Ale cóż... analiza porównawcza, to poziom rozszerzony, a mi się nie chce tak wnikliwie porównywać tych dwóch tekstów ;). Lenistwo to spora wada... Często ogranicza.

środa, 15 lutego 2017

Nowela jako gatunek literacki

Drogą wstępu,chociaż tytuł brzmi jak typowy temat na lekcji języka polskiego (brakuje jeszcze tylko odnośnika do ,,Kamizelki" B. Prusa...), to nie będę się w ten sposób nad tym rozwodzić. Spokojnie.
Aczkolwiek nie będę ukrywać, ze post inspirowany jest dzisiejszą lekcją tego przedmiotu.

Po dzisiejszym ,,Sokole" próbuję rozgryźć ten gatunek. Z jednej strony mi się podoba- styl pisania jest dość podobny do mojego.

 Krótko. Zwięźle. I na temat.

Jestem osobą konkretną, nie potrafię się długo rozwodzić na jakiś temat, za to wolę podejmować ich więcej. Można to zauważyć nawet tutaj. Muszę się dużo napracować, by napisać coś więcej niż same konkrety.
(Dlatego tak szanuję i jednocześnie nie znoszę autorów długich opisów, jak było przykładowo w książce Sienkiewicza ,,W pustyni i w puszczy" czy też bywa często zauważalne u romantyków... Nie potrafię sobie wyobrazić,  tak długo rozwodzić się na jeden temat, opisywać pół strony jedno drzewo.. to nie dla mnie!)
Dodatkowo tematy miłości i postawy epikurejskie (czerpmy jak najwięcej z życia!)... To doskonale się czyta, widząc, że nawet gdy ludzie są przegrani w oczach losu, to i tak potrafią odnaleźć szczęście. Niesamowite!

Warto wiedzieć, że gatunek ten ,,wymyślił" Boccaccio, to właśnie on jest autorem ,,Sokoła" i całego ,,Dekameronu" :) Również to ten człowiek po przeczytaniu sonetów Petrarki powiedział, że już nigdy więcej nie napisze nic lirycznego, bo wie, że nigdy nie będzie tak dobry jak on.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Filozofia sukcesu

Nigdy nie uczyłam się pisać recenzji i wiem, że nie jestem w tym najlepsza. Kiedyś nawet napisałam taką jednej osobie do szkoły. Była dostatecznie udana.

Nieważne.

Dwa lata temu w kwietniu byłyśmy z Wiktorią w kinie na filmie pt. ,,Szybcy i wściekli 7". Przypuszczam, że większość z Was kojarzy. Film, jedzenie, kilka zdjęć, chodzenie po sklepach... Czyli nic nadzwyczajnego. Jednym ze sklepów, które odwiedziłyśmy był Empik. Swoją drogą rzadko tam bywam. Nie przepadam za tym miejscem, czasem wolę udać się do Taniej książki.
Wracając do Empika... (Empiku?) przeglądałyśmy książki, jedna z nich zwróciła moją uwagę na siebie... To było niesamowite. Nigdy, ale to przenigdy nie widziałam lepszej książki.
Zastanawiałam się dłuższą chwilę, czy ponad trzydzieści złotych za kawałek papieru jest tego warte.

Uwierzcie mi, było.

Właśnie tę książkę mam Wam zamiar dziś pokazać. Polecam ją każdemu z Was na lepsze, jak i gorsze dni. Żeby już zbędnie nie przedłużać...



Poniżej załączam kilka zdjęć książki od środka, zachęcam do sięgnięcia po nią, bo naprawdę warto. Można otwierać ją na losowych stronach i odnajdywać codziennie nowy powód, by pieprzyć. 








Jeśli również chcesz dołączyć do armii tych, którzy pieprzą, zapraszam na stronę internetową: